Obserwatorzy

sobota, 25 października 2014

"Twórcze Inspiracje" Zeszyt 6/6




A więc jednak! Redakcja "Coricamo" nie zraziła się moją poprzednią recenzją i wczoraj dostałam kolejny numer do zaopiniowania.

Nie ukrywam, że wcześniej oglądałam gazetkę w kiosku i znowu powędrowała na półkę.
Dlaczego?
O tym będzie na zakończenie tego wpisu.

No to zaczynamy.

Jak należało się spodziewać, ten numer w lwiej części jest poświęcony zbliżającym się świętom Bożego Narodzenia.

Pierwsza z propozycji to bombki ozdobione haftem koralikowym.
Ładne? Nieładne? Rzecz gustu. Mnie nie przypadły do serca i na pewno nie skuszę się na ich wykonanie.

Kolejna propozycja to dwa wzory na bombki ubrane w koralikowe ( za przeproszeniem oczu czytających te słowa ) gacie.
Ponieważ cyklicznie, właśnie o tej porze roku, podobne bombki włażą mi w oczy i ponieważ równie cyklicznie obiecuję sobie, że "w tym roku to ja je już NA PEWNO zrobię", tym razem powzięłam twarde postanowienie, że MUS zrobić i już!
Skoro mam gazetę przed nosem, łyse bombki na strychu i coś koło jednej tony koralików rozmaitego autoramentu, to popełnię ciężki grzech zaniechania, jeśli przynajmniej jednej takiej nie zrobię!
No i nie zrobiłam... W sensie, że jednej nie zrobiłam, tylko dwie :-D

Moje bombeczki różnią się od oryginałów gazetowych tym, że:
po pierwsze: są mniejsze (takie dał mi łaskawie mój strych)
po drugie: nie użyłam koralików zalecanych w kursie, bo mam inne :-D
po trzecie: jest o jedno okrążenie mniej (z powodu opisanego w punkcie pierwszym).
Ale te modyfikacje absolutnie nie wpłynęły na ich urodę i wdzięk.

Co do kursu: opisy są bardzo jasne i precyzyjne, natomiast zdjęcia pozostawiają wiele do życzenia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystko jest ok, ale z ciekawości obejrzałam je dokładniej i gdybym miała dziergać tylko z fotek, to chyba bym poległa już na trzecim punkcie programu.

Zrobiłam tylko jeden rodzaj z dwóch proponowanych przez "Coricamo" bombek. Ta, której nie robiłam ma lepsze zdjęcia - neutralne tło i złote koraliki to był dobry pomysł.

Kolejny kursik to wianek z kwiatkami kanzashi. Idea złotego wianka oblepionego złotymi guzikami i przyczepionymi do tego kwiatkami z materiału spowodowała moje zdumienie i zniesmaczenie (żeby gorzej nie powiedzieć...).
Natomiast kwiatki jako wolny i niezależny od złotego koszmaru byt, prezentują się bardzo sympatycznie i już wiem, jak można by je było wykorzystać. Są bardzo łatwe do wykonania. Zwłaszcza, jak się ma takie sprytne urządzonko do szybkiego i precyzyjnego robienia ich.
Zainteresowanych odsyłam na stronę 14-15 najnowszego numeru "TI".

Następna propozycja to niestety haft krzyżykowy i nieśmiertelne kartki.  Tym razem w nieco ciekawszym wydaniu, bo na osikowej kanwie.  Rzecz dla osób z dość zasobnym portfelem. Omijam, bo wprawdzie nowinki robótkowe lubię, ale bez przesady! Aż tak porywająca propozycja to to nie jest.

Co mamy dalej? No haft... Wstążeczkowy dla odmiany. A dokładniej bombki wstążeczkowe z choinką i kwiatkami. Szczerze mówiąc, zanim przeczytałam tytuł artykułu to myślałam, że ta choinka to jest jabłonka.
Poczytałam sobie, obejrzałam zdjęcia i nie skusiłam się. Wprawdzie ostatnimi czasy haft wstążeczkowy robi się ponownie popularny wśród niektórych rękodzielniczek (też mi się zdarzyło zrobić takie małe nic, dla żartu) ale nie wiem, czy na podstawie kursu obrazkowego umieszczonego kilka stron dalej, ktoś opanuje podstawy. Może bardzo zdeterminowany ;-)

Dalej mamy  haftowane breloczki - połączenie backstichy z wiecznie żywym (jak Lenin!) haftem krzyżykowym. Obrazki ładne, ale nie moja bajka.

Na następnych stronach...

Haft! A jakże!
Tym razem haft nakładany, część 111.
 No nie, żartuję!
Po prostu do numeracji kursu użyto dość niefortunnej czcionki i zamiast części III oczom mym jawi się część 111 ;-)
Nigdy nie nęcił mnie haft nakładany, no i ogólnie od paru lat z haftami mi nie do twarzy, tylko rzuciłam okiem, nie zatrzymując się dłużej na tym artykule.

Kolejna propozycja, to kategoria biżuteria i bransoletka zawijana.
Zdziwiłam się widząc ten kurs, bo sądziłam, że te bransoletki to już przeżytek i żadne nowe odkrycie.
Różnica między tamtymi sprzed paru lat, a tą na zdjęciu jest taka, że tamte były pojedyncze, a tą można owinąć nadgarstek kilka razy.
Jednak z ciekawości wsadziłam nos w kurs i stwierdziłam, że ktoś miał iście szatański pomysł, żeby do kursu obrazkowego użyć czarnych sznurków, ciemnych koralików i czarnych nici!
A zdjęcia jakości łagodnie mówiąc - kiepścutkiej (jak przy wspomnianej kilka akapitów wyżej bombce).
Nawet gdybym nie umiała robić tego typu bransoletek i chciałabym się nauczyć, to na pewno nie z tego kursu! Bo ja cenię swoje oczy, bo się do nich jakoś tak głupio przez lata przywiązałam.

Szycie to następna propozycja. Kurs na organizer-worek z kieszeniami przygotowany został przez znaną wielu osobom Joannę Błaszczyńską.
To profesjonalizm w każdym calu. I opisy i zdjęcia są takie, że zachęcają do natychmiastowego wyciągnięcia szmatek z szafy, żeby szyć!
Czy ja to uszyję? Pewnie tak, chociaż nie wiem po co mi to? Chyba tylko dla radości "mania" ;-)

Druty i komin-zamotka.
Ehhhh... W czasach, kiedy zamotki i wszelkie szyjogrzeje są robione zupełnie innymi metodami (na nadgarstkach, na młynkach, na "kijach od szczotki") ta propozycja łagodnie rzecz ujmując trąci myszką i stęchlizną...
I do tego w kursie znowu użyto ciemnych włóczek! Nawet nie patrzyłam, jak potencjalne, początkujące dziewiarki-kursantki będą się mordować z robieniem warkocza na drutach...

Idziemy dalej.

No i znowu mamy haft!
Tym razem haft tucholski. Historię jego powstania przeczytałam, obrazki obejrzałam, pokręciłam głową z niechęcią i przekręciłam stronę...
I padłam!
Tak jak stałam!
ZNOWU HAFTY KRZYŻYKOWE! W stylu kaszubskim. Sześć bitych stron!!!

Nie rozumiem takiego działania. Przecież "Coricamo" wydaje również gazetę "Igłą malowane", to po co ładować AŻ tyle haftów w periodyk, który z racji tytułu powinien twórczo inspirować, a nie powielać stare pomysły? Po co te hafty w hurcie? To nie jest inspiracja, tylko zniechęcanie.
Czy źle pojętą ambicją prawie każdej gazety robótkowej na naszym rynku musi być pakowanie w każdy numer już to haftów krzyżykowych, już to szydełka?

A teraz wyjaśnienie, dlaczego nie kupiłabym tej gazety. Bo dwa projekty, które (może! ewentualnie!) chciałabym wykonać to za mało, żeby zmusić mnie do wyasygnowania prawie ośmiu złotych.
Gdybym nie dostała gazety do recenzowania, spokojnie przeżyłabym kolejny rok bez bombek w koralikach (mimo, że są urocze) oraz bez worka z kieszeniami ;-)
Reszta kursów nie jest w najmniejszym nawet stopniu dedykowana w kierunku moich rozlicznych zainteresowań.



Swoją drogą - zastanawiam się, czy nie pokusić się o taką jakby recenzję porównawczą typu: "Twórcze Inspiracje" wczoraj i dziś.
Czyli wyciągam na światło dzienne stare, posiadane przeze mnie pierwsze numery "TI" i próbuję znaleźć odpowiedź, dlaczego kiedyś czekałam na kolejne numery z niecierpliwością, a teraz jakoś niekoniecznie...



niedziela, 17 sierpnia 2014

Ela - Sanela



Autor: Katarzyna Pranić
Tytuł: Ela-Sanela
Wydawnictwo: Stentor
Rok wydania: 2011


Ela-Sanela to debiut literacki Katarzyny Pranić i od razu doceniony. Książka zajęła drugie miejsce w kategorii książek dla dzieci i młodzieży w II Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren.

Ela to zwykła nastolatka. Trochę zbuntowana, mająca swoje marzenia i tajemnice. Ma przyjaciółkę od serca, Agatę. Mieszka w wielkim domu z babcią Heleną. Nie jest to jednak prawdziwa babcia Eli. Pani Helena adoptowała Elę, kiedy ta jako niemowlę trafiła do Polski wraz z grupą uchodźców z Sarajewa. O przeszłości Eli nic nie wiadomo. Właśnie ta przeszłość pełna znaków zapytania powoduje, że Ela ma trudności w poszukiwaniu własnej tożsamości, czuje się pozbawiona korzeni. Obawia się, że rodzice jej  nie chcieli, skorzystali z nadarzającej się okazji i porzucili ją w domu dla uchodźców w Polsce.
Ela daje wyraz swoim obawom w rozmowie z Agatą: "Zawsze się bałam, że będę musiała stąd wyjechać, jeżeli ktoś mnie odnajdzie. Że będzie chciał mnie stąd zabrać. (...)...zaczęłam się bać, że po prostu mnie nie chcieli i że jak mnie jednak zabiorą, to nie będą mnie kochali."

To bardzo ciepła i wzruszająca książka. Rozmowy Eli z babcią ocierające się miejscami o filozofię, są pełne mądrości. Takiej zwyczajnej, życiowej, bez moralizatorstwa.

Książka "Ela-Sanela" uzmysławia młodemu czytelnikowi czym była wojna w Bośni, jakie do dziś niesie ze sobą konsekwencje i jak okrutnie okalecza całe rodziny.
Pokazuje, że wojna tocząca się pozornie daleko od granic państwa w którym przyszło nam żyć, może zataczać bardzo szerokie kręgi.
Bo walka Eli i jej babci o odzyskanie utraconej tożsamości, to przecież też odmiana wojny. Tyle, że toczonej przy użyciu innych środków, ale mającej ten sam cel - zwycięstwo.

Mogę polecić tą książkę każdemu czytelnikowi - nie tylko tym w kategorii 10-14 lat.

Moja ocena:

niedziela, 10 sierpnia 2014

Gwiazdy kina PRL


Autor: Sławomir Koper
Tytuł: Gwiazdy kina PRL
Wydawca: Czerwone i Czarne
Rok wydania: 2014

Książka Sławomira Kopra przenosi nas do minionej epoki PRL.  Nie wiem, jakimi kryteriami kierował się autor przy doborze osób przedstawionych w książce. Może to prywatne sympatie?
I tak mamy tu Wajdę, Tyszkiewicz,  Kobielę, Olbrychskiego, Łomnickiego, Skolimowskiego. Celowym zabiegiem autora było pominięcie osoby Zbigniewa Cybulskiego, bo jak  możemy przeczytać :"(...) zapewne stanie się on bohaterem jednej z moich następnych opowieści".

Początek książki to wprowadzenie w historię polskiej kinematografii powojennej, jej rozwój i kształtowanie się różnych nurtów. Następnie przedstawione zostały sylwetki wspomnianych wyżej osób.

Autor stara się być obiektywny w prezentacji  życia prywatnego filmowców, nie ocenia, nie usprawiedliwia,  ale mimo to, moja niechęć do Olbrychskiego, Wajdy i Łomnickiego zdecydowanie  się ugruntowała.

Trzeba przyznać autorowi, że potrafił wybrnąć z tematu obronną ręką. Przedstawiając prywatne życie gwiazd kina, ani przez chwilę nie otarł się o niesmaczne sensacje rodem z brukowców.
To książka poznawcza, można by powiedzieć. Nie plotkarska.
Czyta się ją z przyjemnością i stosunkowo szybko - to zapewne zasługa lekkiego pióra Sławomira Kopra.

Moja ocena:

czwartek, 7 sierpnia 2014

Ślady


Autor: Janusz L. Wiśniewski
Tytuł: Ślady
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie


"Ślady" Janusza Leona Wiśniewskiego to zbiór jego tekstów drukowanych na łamach miesięcznika "Pani" w latach 2012-2014.

Trudno jest opisać książkę, która jest zbiorem opowiadań.
Nie ma w niej jednolitej fabuły, nie ma w niej bohaterów, których losy gdzieś tam wcześniej czy później splotą się na kolejnych stronicach.

 Każde opowiadanie w tej książce, to inny człowiek, inna historia, inny zakątek świata.
Ale można jednoznacznie stwierdzić, że jest to książka o poszukiwaniu szczęścia.

Oraz, że to opowiadania o miłości i jej różnych obliczach.
O tej złej, posępnej, niosącej zwątpienie, rozpacz, tęsknotę i osamotnienie.
Ale też o tej dobrej, szczęśliwej, dającej nadzieję mimo przeciwności losu.

Ludzkie historie opisane przez J. Wiśniewskiego są bardzo różnorodne, tak jak i ich bohaterowie.
Żyją rozsiani po całym świecie, mają różne zawody, wykształcenie i doświadczenia życiowe.
Łączy ich jedno: tęsknota za bliskością drugiego człowieka, poszukiwanie szczęścia. Wszyscy chcą kochać i być kochanymi.



Ogromnym atutem książki są krótkie, wręcz kadrowe, ujęcia ludzkich emocji. Historie miejscami intymne. Takie, które zdradza się tylko ściszonym głosem, pod osłoną mroku, który zacierając kontury martwych przedmiotów, uwypukla sens usłyszanych tajemnic.
Bo te opowiadania, to właśnie ludzkie tajemnice powierzone nam, anonimowym czytelnikom z całkowitym zaufaniem. I z nadzieją na zrozumienie.

Posłużę się cytatem z okładki:
Ślady... bo niektóre doświadczenia zmieniają nas na zawsze, niektórych tęsknot nie da się ukoić, a o pewnych rzeczach nie sposób zapomnieć.

O tej książce też nie da się zapomnieć...

Moja ocena:



niedziela, 3 sierpnia 2014

Obserwator.





Autor: Charlotte Link
Tytuł: Obserwator
Tytuł oryginalny: Der Beobachter
Tłumaczenie: Anna Makowiecka-Sidut
Wydawnictwo: Sonia Draga

Z twórczością Charlotte Link zetknęłam się stosunkowo niedawno i żałuję, że dopiero teraz.
Ta niemiecka pisarka znajduje się w czołówce najbardziej poczytnych autorów na świecie.
Jej książki są tłumaczone i wydawane w kilkunastu krajach świata.

Rok 2009.
W Londynie dochodzi do wyjątkowo brutalnych morderstw, których ofiarami padają starsze kobiety.
Wszystkie poszlaki początkowo prowadzą policję donikąd. Żadnych powiązań, żadnych punktów stycznych, poza sposobem i narzędziem zbrodni.
Praca policji przypomina łapanie cienkich pajęczych nici na wietrze. I z tych nici powoli zaczyna być tkana sieć podejrzeń.
Sieć zacieśniająca się na pewnym mężczyźnie...

Samson to odludek i samotnik. Bezrobotny podglądacz życia sąsiadów. Wie o nich wszystko. Odrzucony przez najbliższą rodzinę, żyje w wyimaginowanym świecie własnej wyobraźni Jest zbyt nieśmiały i zbyt zakompleksiony, żeby nawiązać normalne kontakty międzyludzkie. Zamiast tego - woli spędzać czas na obserwowaniu nieznanych mu osobiście ludzi i sporządzaniu notatek na ich temat.
Jego szczególnym zainteresowaniem cieszy się pewna rodzina: idealna i bez skaz (według Samsona).
Jak łączy się postać Samsona i rodziny doskonałej, ze zbrodniami? Ile jeszcze osób musi zginąć, zanim policja wpadnie na właściwy trop?

Autorka doskonale potrafi nakreślić wnikliwą analizę związków międzyludzkich, jak i sporządzić doskonałe portrety psychologiczne bohaterów. Każdy ma motyw, każdy mógł zabić. Tyle, że nikt nie znał ofiar. Nie miał z nimi żadnego związku...

"Obserwator" to świetna książka. To nie jest kryminał w czystej postaci gatunku. 

To raczej kryminał psychologiczny. Bardzo dobra lektura, wciągająca i do końca trzymająca czytelnika w napięciu i niepewności. 


Moja ocena:

Niepokorne. Eliza.

Zdjęcie pobrane ze strony wydawnictwa

Autor: Agnieszka Wojdowicz
Tytuł: Niepokorne. Eliza.
Seria: Niepokorne
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia


Nie będę ukrywać, że do przeczytania tej pozycji zachęciła mnie przede wszystkim wieloletnia znajomość z autorką - Agnieszką Wojdowicz.

To czwarta, wydana przez Naszą Księgarnię, książka Agnieszki. Pierwsze trzy z serii "Strażnicy Nirgali" to fantastyka dla młodzieży.
Tak więc z dużym zainteresowaniem sięgnęłam po jej pierwszą książkę dla dorosłego odbiorcy.

O ile akcja "Strażników" toczy się w wymyślonej przestrzeni, w państwach, których nie ma na żadnych mapach świata i opisuje zdarzenia całkowicie nierealne, o tyle akcja "Elizy" toczy się w prawdziwym kraju.

W Polsce.

Przenosimy się do 1895 roku i poznajemy trzy młode kobiety.

Pierwsza z nich to tytułowa Eliza Pohorecka. Dziewczyna zdolna, ambitna i głodna wiedzy.
Jej marzeniem są studia medyczne. Niestety, w czasach, w których przyszło jej żyć, kobiety nie mają wstępu na medycynę. Tak więc wybiera pokrewny zawód farmaceuty i jako jedna z pierwszych kobiet, zostaje przyjęta w poczet studentów na Uniwersytecie Jagielońskim.
Wiąże się to z wyjazdem za granicę - Eliza mieszkała w Otwocku pod Warszawą, czyli w Kongresówce, a na studia wyjechała do Krakowa.
Nie zapominajmy, że Polska była wtedy pod zaborami.
Już samodzielny pobyt młodej dziewczyny poza domem, w tamtych czasach był czymś niezwykłym. A do tego dochodzi jeszcze "fanaberia" studiowania!
W Krakowie. który oczarował ją od pierwszego wejrzenia, spotyka się z niechęcią, z niezrozumieniem i z zaściankowością poglądów osób, wydawałoby się, otwartych na świat, nowe idee, wykształconych i inteligentnych. To wykładowcy z UJ. Uważają oni, że rolą kobiety jest rodzenie i wychowywanie dzieci oraz zajmowanie się domem. Wykształcenie wyższe jest domeną mężczyzn.
Na szczęście takich jak ona - młodych kobiet - jest więcej.
Eliza poznaje Klarę Stojnowską.

Klara jest emancypantką, walczącą między innymi przeciw własnemu ojcu o bardzo konserwatywnych poglądach.
Ojcu, który jest wykładowcą zoologii na UJ.
Klara ma krótkie włosy (rzecz niepojęta!), nosi suknie reformowane, pali papierosy i głosi poglądy trudne do przełknięcia przez zacofany, anachroniczny krakowski światek.

Judyta Schraiber, trzecia bohaterka, jest Żydówką z krakowskiego Kazimierza. Jej marzeniem, czy nawet obsesją, jest zostanie malarką. Ma talent, ma zapał. Ale nie ma społecznego przyzwolenia. Ma od lat wytyczoną i wyznaczoną tradycją i religią rolę i ma obowiązek tego się trzymać. Żadne odstępstwa absolutnie nie wchodzą w grę.
Na skutek fatalnie ulokowanych uczuć, ucieka z domu i próbuje popełnić samobójstwo. W ostatniej chwili ratuje ją siostra ze zgromadzenia Urszulanek.
Judyta zostaje w klasztorze pod opieką zakonnic i zaczyna zgłębiać tajniki malarstwa. Między innymi pobiera nauki u Wyspiańskiego.
Judyta, według mnie, jest  najtragiczniejszą postacią z całej książki. Ma najtrudniej, najciężej, najbardziej "pod górkę". Kiedy wydaje się, że już wychodzi na prostą, że da radę, mimo przeciwności losu i zahamowań obyczajowych, spadają na nią kolejne ciosy.
Liczę na to, że w kolejnych częściach, Agnieszka trochę jej odpuści i pozwoli Judycie na odrobinę szczęścia, nadziei i uśmiechu.

Eliza, Klara, Judyta...

Posłużę się teraz opisem z okładki książki: (...) z pozoru bardzo się różnią, coś je jednak łączy. Każda z nich jest niepokorna...

Nie będę zdradzać, kiedy i w jakich okolicznościach splotły się losy tych trzech dziewcząt.

Napiszę tylko, że książka nie traktuje tylko o walce o równouprawnienie, o trudnej drodze do zdobywania wiedzy na równi z mężczyznami kobiet z końca XIX wieku.
Pokuszę się o stwierdzenie (może dość odważne i sprzeczne z założeniami autorki), że to kryminał z przepięknym wątkiem uczuciowym w tle. W otoczeniu Krakowa czasów zaborów. Muszę tu również wspomnieć, że Agnieszka bardzo pięknie opisuje tamte czasy, tamte klimaty i krajobrazy.
Trudno mi jest się oprzeć porównaniu z Orzeszkową (Aguś! Przepraszam, ale masz talent do opisów jako i ona, tylko robisz to w formie absolutnie jadalnej i bez zbędnych ozdobników).

Mimo, że preferuję lektury książek traktujących o czasach współczesnych, to tą pozycję przeczytałam nie tylko z ogromnym zainteresowaniem i przyjemnością, ale również jednym tchem.

Pewnie nasuwa się Wam, czytającym te słowa, czytelnikom, czy gdyby Agnieszka nie była moją koleżanką, to czy sięgnęłabym po "Niepokorne"?
Na pewno!
Skusiłby mnie wygląd zewnętrzny książki.

Wiem, że nie ocenia się książek po okładkach, ale tej po prostu trudno się oprzeć.
Bardzo mocno kusi, przyciąga wzrok i obiecuje treść adekwatną do grafiki - delikatnej jak batik...

Skąd porównanie z batikiem? Odpowiedź znajdziecie  w książce.

A na zakończenie mogę jedynie napisać: polecam lekturę "Elizy" z czystym sumieniem każdemu czytelnikowi. To będą piękne chwile spędzone w innym wymiarze czasu...

Czekam teraz niecierpliwie na kolejna części cyklu, czyli na "Klarę" i "Judytę".

Moja ocena w skali od zera do dziesięciu?

Do szpiku kości...



Zdjęcie pochodzi z tej strony

"To jest mój starszy brat Karol"
Tak zaczyna się film "Powstanie Warszawskie"
Kiedy zobaczyłam zwiastun, wiedziałam, że chcę, że muszę, że BEZWZGLĘDNIE  MUSZĘ to zobaczyć.
A młoda młodsza absolutnie powinna.

Zarezerwowałam bilety do kina. Trochę mi ciarki po grzbiecie przeleciały, jak zobaczyłam, że sala w połowie jest już zajęta.
- Hyyy... Zapewne młódź szkolna! Oby wiochy nie odstawili!

Rozpoczął się seans.
Najpierw było tak zwyczajnie - ot dwóch braci - Karol i Witek kręcą film.
- Co robicie, chłopaki?
- Film o powstaniu.
- A my robimy powstanie!

Witek - młody  zbuntowany:
- Ja chcę walczyć!
- Wituś! To ważne! Trzeba będzie to  innym pokazać! - Karol, starszy, stonowany, rozważny i ostrożny.

Filmują "zwykłe", powstańcze życie -  roześmiane młode dziewczyny, chłopców pełnych zapału i rwących się do walki. Początkowe ujęcia są pozowane:
- Dobra! Biegnijcie! No nie! Panie majorze! Nie w kamerę! No znowu!

A później?
Później już nie było pozowania...

Później to już był realizm...
Taki strasznie bolesny, namacalny.
Niby dobrze znany, a jednak wstrząsający do szpiku kości...

"Poszły" napisy końcowe. Nikt się nie ruszył z foteli.
Tak, jakby każdy bał się, że jakikolwiek ruch, gest, słowo sprofanuje to, co właśnie się skończyło.
Absolutna cisza w kinie po skończonym seansie.

Ja: kłąb, gula i uścisk w gardle, łzy.
Ania: płacz.
Młodzież, której zachowania się obawiałam: spuszczone głowy, nie patrzą na siebie, ukryte łzy.
I cisza. Ciągle ta cisza...

Ciężko było wrócić w ten współczesny, plastikowy świat, mając pod czaszką tamten czas - uniesień, nadziei, młodzieńczej naiwności, walki z góry skazanej na niepowodzenie.

Jak miałabym ocenić ten film w skali od 0 do 10?
Nie da się. Nie można oceniać takiej absolutnej, bolesnej prawdy! To nie była fikcja. Tam ludzie naprawdę cieszyli się, bawili,  brali śluby, kochali się,  cierpieli, umierali...
To dramat non-fiction. Bez happy endu.

Kiedy się wypełniły dni...

Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westerplatte.

(A lato było piękne tego roku).

I tak śpiewali: Ach to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.

(...) K.I.Gałczyński


Wszyscy znamy ten wiersz. A przynajmniej moje pokolenie.
No właśnie.
Moje pokolenie zna majora Henryka Sucharskiego jako niezłomnego obrońcę Westerplatte. Takiego,co to mimo bezsensu, bez szans na zwycięstwo walczył z wrogim najeźdźcą w kolorze Feldgrau i Kriegsmarine...
I dzięki swoim genialnym, strategicznym posunięciom zamiast zaleconych przez dowództwo 12 godzin, bronił swojej twierdzy przez 7 dni.

Tak sądziłam do wczoraj...
A dziś wiem, że mam luki i to poważne w wykształceniu - bądź co bądź wyższym i do tego na bazie wydziału historycznego UW!
Bo wczoraj byłam na premierze filmu "Tajemnica Westerplatte" w reżyserii Pawła Chochlewa.
Film powstał na podstawie książki o tym samym tytule autorstwa wspomnianego reżysera i Aldony Rogulskiej-Batory
Nie ukrywam, że pojechałam na ekranizację raczej bez zapału, chociaż zamierzenie.
Wszak były walentynki, a wiedziałam, że mój mąż bardzo chce zobaczyć tę produkcję.
Więc zarezerwowałam i zakupiłam bilety i nie było wyjścia...
I nie żałuję.
Mimo, iż historyczno-batalistyczne filmy leżą daaaaaaleko poza zasięgiem moich zainteresowań kinowych.
Ale czegóż się nie robi dla tej drugiej połowy?
"Poświęcenie" opłaciło mi się bardzo.
Prawie dwie godziny (bez dwóch minut) siedziałam na seansie i burzyłam się okrutnie!
Jak to??
Bohater  narodowy? Frontman? Geniusz strategii?? Czy słaby człowieczek? Gdzie idea: "nie oddamy nawet guzika"?? Przekroczone 12 godzin i szlus? Kończymy tę bajkę?
Nie!
Nie tak wyglądał major Sucharski w moich (do wczorajszych) naukowych przekazów!
To nie on dowodził de facto obroną Westetplatte, tylko jego zastępca kapitan Franciszek Dąbrowski "Kuba".
To on podejmował trudne decyzje, to on brał na siebie całą odpowiedzialność za życie i śmierć swoich żołnierzy.
To on wydawał wyroki za dezercję...
To on, tak naprawdę chciał walczyć do końca.
- Żywności i amunicji wystarczy nam na kilka tygodni! - Kpt. Dąbrowski.
- I co dalej? Co potem? - Mjr. Sucharski.

Kogo mam teraz opiewać jako bohatera??
Kto podejmował właściwe decyzje?
Polska, nieposkromiona dusza krzyczy: "Z szabelką na czołgi", a rozsądek ripostuje: "Po co? Za tych, co tchórzliwie zwiali za granicę, ratując własne zadki, zostawiając ojczyznę w tragicznym położeniu?"

Jak ocenić postępowanie dwóch skrajnych osobowości?
Czy opiewać Sucharskiego - człowieka z gminu, a przez to zapewne umiejącego realnie i po chłopsku ocenić wymierność poddania się i ocalenia wielu istnień ludzkich po obydwu stronach zasieków? 

Czy wychwalać Dąbrowskiego - szlacheckie pochodzenie -  za od zawsze wpajany etos miłości do ojczyzny i walki aż do śmierci?

Obaj wykonywali rozkazy.
Sucharski ten USŁYSZANY, a Dąbrowski ten WYSSANY Z MLEKIEM MATKI!!!

Kto ma rację??

Nie wiem!
Myślę...
Myślę, że to film, który warto zobaczyć. Choćby dlatego, żeby dowiedzieć się, czym jest tytułowa tajemnica Westerplatte...

Jaka jest prawda, pewnie nigdy się nie dowiem, bo w naszej historii za dużo jest niejasności, zakłamania i naginania faktów do potrzeb rzeczywistości.
Po obejrzeniu filmu powiedziałam do mojego męża:
- Taka teraz moda w polszy na odbrązowianie bohaterów narodowych, że zapewne nie zdziwię się, jak się dowiem, że generał Anders był pedofilem, a major Hubal roztrzęsionym histerykiem!

Film jest wg.mnie bardzo dobry.
Zmusza do myślenia, do pogrzebania w podręcznikach historycznych, zweryfikowania własnej wiedzy.
Do pomyślenia po prostu...
Bez zbędnej martyrologii, bez patosu tak wszechobecnego we współczesnych filmach rozliczających się z przeszłością.
To taki gatunek historyczno-psychologiczny.
Jeśli ktoś oczekuje lekkiej, kolorowej, wojennej papki made in/by Hollywood, niech nie idzie, bo się rozczaruje.
Ja nie umiem się pogodzić z pewnym rozkazem kpt.Dąbrowskiego, ale go rozumiem - wojsko to nie szkółka niedzielna dla różowo przyodzianych panienek...
Odczuwałam strach i panikę żołnierzy w pierwszych godzinach ciężkich walk.I Bogu dziękuję, że nie musiałam TAK STRASZNIE SIĘ BAĆ!!


Żałuję tylko, że przy tak doskonałej produkcji, montaż i scenografia dopuściła się dwóch koszmarnych błędów:
1: niemiecki trup mrugający oczami - szlag mi trafił (na chwilę) napięcie przez głupie niedopatrzenie poczynań statystów! 
2: w jednej ze scen bohaterowie Westerplatte pociągają ze szklanek z IKEA!!

Ocena (moja subiektywna) 9,8/10

Piekło wyborów

Są ferie. Mając dużo wolnego czasu, chadzamy z Anią do kina.
Do niedawna problem z doborem repertuaru dla małoletniej nie przysparzał większych problemów. Filmów dla małych dzieci w każdym kinie w bród!
Ale co zrobić ze starzejącym się dzieckiem, wchodzącym nieuchronnie w wiek dojrzewania?
Takim, co to juz jest za poważne i zbyt mądre na dinusie, misie i inne myszki, a do filmów dla dorosłych jeszcze nie dorosło?
Oferta kinowa nie rozpieszcza za bardzo...
Na szczęście, całkiem niedawno, do kin wszedł film pt: "Życie Pi" w reżyserii Ang Lee, zrealizowany na podstawie powieści Yanna Martela.
Tak więc miałyśmy na co się wybrać.
Wiedziałam mniej więcej i bardzo ogólnie, czego się spodziewać, dzięki dziecku starszemu (stała bywalczynie pokazów przedpremierowych).

Głównego bohatera - Pi Patel'a - poznajemy jako już dorosłego człowieka.
Opowiada on niespiesznie historię swojego życia pewnemu pisarzowi.
Pi, jako dziecko, z pozoru wiódł życie bezpieczne i beztroskie.
Jednak już w szkole musiał stawić czoła otaczającemu go światu. Z powodu swojego dość dziwnego imienia był nękany i szykanowany przez rówieśników. Do czasu. Jako dziecko szalenie inteligentne, poradził sobie z tym problemem.
Porażkę przekuł w sukces. Dzięki inteligencji z dziecka poniewieranego staje się prawdziwym bohaterem.
I co?
Można by  na tym zakończyć bajkę.
Główny bohatera z głupiego Jasia zostaje księciem, poznaje księżniczkę, dostaje w nagrodę pół królestwa i dalej żyli długo i szczęsliwie?
Nic z tego!
To dopiero zaprawa i preludium.
Preludium prawdziwego życia, czającego się tuż za rogiem.

Na skutek zawirowań politycznych i społecznych, rodzina Pi zmuszona jest opuścić Indie i przeprowadzić się do Kanady. Razem z całą menażerią z zoo, którego właścicielem był ojciec Pi.
Najprościej - drogą morską. Niczym Arka Noego...
łatwo przewidzieć ciąg dalszy - potężny sztorm, ogromny statek idzie na dno.
Giną prawie wszyscy.
Początkowo ocaleje jedynie Pi, zebra, hiena, orangutan i tygrys bengalski...
W końcu w szalupie zostaje tylko Pi i ten ostatni.
Człowiek i dzikie zwierzę.
Razem na kruchej jak łupinka orzecha szalupie w bezmiarze oceanu...
I właśnie tu zaczyna się prawdziwe życie.
Życie w strachu.
W strachu tak silnym, że trzymającym przy życiu.
Życiu  polegającym na nieustannej walce o... życie.
Na chwilę pojawia się nadzieja na ocalenie, ale znika równie szybko, jak się objawiła...
I znowu tylko oni dwaj na niekończącym się, falującym, bezdennym, bezlitosnym aksamicie wód...
On - pan i władca świata - człowiek.
On - dzikie zwierzę - tygrys.

Obaj walczą o przetrwanie.
Z determinacją, złością, ale i z panika.
Wszystko ich dzieli.
Jedno łączy - ta irracjonalna w ich sytuacji chcęć życia.

"Zwierzę nie myśli. Widzisz tylko odbicie swoich myśli w jego oczach" - to słowa ojca Pi. 
A kiedy człowiek zamienia się w zwierzę walczące o najwyższe dobro, jakie mu dano tam, odgórnie?
Co wtedy widać w ludzkich-nieludzkich oczach?
Czyje odbicie?
Boga?
Szatana?

W "Życiu pi" są dwie opowieści.
Jedna, której jesteśmy bezpośrednimi  świadkami.
Druga stworzona(?) na potrzeby armatora zatopionego statku.

Którą opowieść mamy wybrać?

Czy tę, w której człowiek - istota myśląca- ratuje siebie i przedstawiciela braci mniejszych, acz groźnych?
Czy może tę, w której homo sapiens zamienia się w dzikie zwierzę?

A może to jedna i ta sama opowieść?
Może tygrys to alter ego Pi?

Są jeszcze inne wybory: czy dryfować w kruchej łódeczce na środku pustego oceanu żcyia. licząc na cud wybawienia?
Poddać się losowi?
Czy walczyć wbrew rozsądkowi z rozszalałym żywiołem, kiedy przyjdzie kolejny sztorm?

To jest piekło wyborów, które nam dano wyganiając nas z Raju...

Film jest wielopłaszczyznowy (nie mylić z wielowątkowym!).
Efekty specjalne warte Oscara. Bo reszta filmu, jak znam życie, nie spotka się z przychylnością oceniających go akademików.
Wielka szkoda!

Im więcej czasu mija od wyjścia z seansu tym więcej mam pytań i mniej odpowiedzi.

- Które z tych opowiadań jest prawdziwe? - Zapytał pisarz.
- A które wybierasz? - Odpowiada Pi.

Piekło wyborów należy do nas...

Ocena w skali od 0 do 10:
9,5!

Przeżyłam "Koszmar"...

Przeżyłam "Koszmar"...
Ba! Horror nawet!

Ale po kolei.

Kocham czytać. Od  zawsze.
Lubię wieczorem, po położeniu się do wyrka, wkleić sobie przed  nos literki w formie książkowej.
Zwykle coś tam mam w żelaznym zapasie czytelniczym.
Jak nie swoje - kupne, to publiczne - pożyczone.

W ostatnich dniach przemęczyłam "Lilkę" Kalicińskiej. (Nie dotykać szczotką na długim kiju!! No chyba że komuś nie szkoda czasu i oczu.).
Łyknęłam z ogromną przyjemnością "Bajecznice" Katarzyny Wasilewskiej.
Pożarłam "Wyspę kobiet"  i "Wypożyczalnię mężczyzn" Teresy Ewy Opoki.
Zrelaksowałam się przy "Nocy rudego kota" Catherine Morgan (przesympatyczny angielski kryminał w dobrym stylu)
I....
Nastąpiła posucha...
Czyli jakoś tak bezlekturowe, jałowe zasypianie mi się szykowało...
Ale na szczęście ma się dzieci,co to już z bajeczek wyrosły i wspomogły mamuśkę.
Znaczy mała dała mi książkę "Zwyczajne wakacje" (leciutkie, sprawnie napisane, kryminalne czytadełko dla nastoloatków), a Chuda wręczyła Mastertona.
- Czytaj! Spodoba ci się - powiedziała stanowczo
- Masterton?? - paszcza mi się wydłużyła do poziomu mozaiki podłogowej.
- No a co??
- Ja go już czytałam...
- Kiedy?
- Kiedyś...
- A co? - Chuda przycisnęła matkę na zwierzenia...
- No...Te... No... Poradniki seksualne...
- Boszszsz! A ile ich przeczytałaś?
- Dwa! - odparłam z dumą - kupowane były w przaśnych czasach, z tzw. "polówek". Mamy je do dziś,skrzętnie schowane najpierw przed tobą, a teraz przed młodą!
- Dwa? A wiesz? On tych poradników 14  napisał...
Oklapłam cokolwiek...
- 14? To mam luki w wykształceniu czytelniczym i seksualnym...
- NIE BĘDĘ O TYM Z TOBĄ ROZMAWIAĆ! - Chuda jakoś tak spłonęła panieńskim rumieńcem, niczym ta mickiewiczowska dzięcielina ;-D
I nie wgłębiając się w ekscytujący temat poradników jakże ponętnych, wręczyła mi cieniznę pt: "Koszmar".


- Czytaj! Spodoba ci się.
- A co to jest?
- Książka... Thriller.
- Thriller??? To nie moja bajka! Ja tego nie chcę! Ja nie lubię! Nie przebrnę!
- Czytaj! Szybka lektura i wciąga. - i uśmiechnęła się jakoś tak - od miski...

Co było  robić?
Jak mus, to mus...
Thriller... Kryminał do tego... Mastertona!  Tego od seksu! Boszsz!
Na stare lata mam się uświadamiać!  PO  CO???
Zaczęłam czytać...
I...
O żesz kurde!!! Ja tej książki nie przeczytałam! Ja ją ZEŻARŁAM!!! Jaki tam poradnik?? Kryminał! Thriller!
Od pierwszej do ostatniej strony w napięciu jak linia przesyłowa prądu stałego!
Na wdechu. Bez wydechu!
No i trafił mnie szlag, jak skończyłam.
Bo kompletnie nie zgodziłam się z zakończeniem!
Dłuższy czas siedziałam skamieniała, a potem wybuchnęłam żalami i pretensjami w kierunku Chudej!
- NIGDY! WIĘCEJ! MASTERTONA! ZAPOMNIJ! TO SZOWINISTA!!  JAK ON MÓGŁ????
Joanna skwitowała krótko:
- Podobała się.
- No! Ale zakończenie?? KOSZMAR!!! JA SIĘ NIE ZGADZAM!!!
- Hehehe!

Sądziłam, że na tym koniec koszmaru z "Koszmarem", ale gdzie tam!

Joanna wzięła i przekablowała żywiołową reakcję swej matki tłumaczowi kilku książek G.M. i zarazem współautorowi wywiadu rzeki z tymże.
Tłumacz, mający stały kontakt z pisarzem, opisał w charakterze humoreski mój protest song...
I co?
A wyobraźcie  sobie, że nie zostałam obśmiana!
Otóż drogą odwrotną, czyli Masterson-Chuda via tłumacz (pan P.P.), dotarła do mnie bardzo szybko informacja pocieszająca.
"Koszmar" miał miec inne zakończenie! Tylko wydawca się nie zgodził!
I ono (to zakończenie) jest sobie w szufladzie pisarza.
I ja je znam!!!
HAAAAA!!!
Od razu mi lepiej :-DD
Ale...
Ale na zakończenie powiem tylko tyle: dobrze, że wydawca nie zgodził się na to"szufaldowe" rozwikłanie...
Kto jest ciekawy i nie zgadza się z końcowym rozwiązaniem  jako i ja, może mnie zapytać na maila o to inne, ale pod warunkiem przeczytania wersji ogólnodostępnej od 2002 roku na polskim rynku.  .

Nigdy więcej Mastertona?
Hehehehe!
Za chwilkę biorę się za "Piątą czarownicę" ;-DDD